BLOG

 

Blog ten jest zbiorem luźnych komentarzy z dystansem do naszych czasów, biznesu, szkoleń i czasem pseudofilozoficznych wywodów.

„Biznes a bezpieczeństwo danych w kontekście wojny informacyjnej”

Współczesne funkcjonowanie człowieka, jak wszyscy zapewne wiemy, zmieniło się diametralnie w podejściu do wykorzystania i ochrony informacji. Jest to nierozerwalnie związane z rozwojem Internetu, czy też środowiska określanego jako cyberprzestrzeń. Codzienni jesteśmy bombardowani informacjami na temat zagrożeń płynących z cyberprzestrzeni. Pojawiły się terminy takie jak: cyberprzestępczość, cyberterroryzm czy też nawet cyberwojna. Problematyka ochrony przed powyższymi zagrożeniami spędza sen z powiek wszystkim tym, którzy zajmują się bezpieczeństwem na wszystkich szczeblach organizacyjnych, począwszy od jednostek, poprzez organizacje, państwa czy też społeczność międzynarodową.

Patrząc przez pryzmat istoty tych zagrożeń, wszystkie one ukierunkowane są na informację, jej zniszczenie, zmodyfikowanie, przejęcie. Informacja stała się bowiem najważniejszym dobrem, mającym wymierny wkład w funkcjonowanie każdej organizacji. Co więcej, patrząc na występujące zjawiska, ochrona informacji, ale także jej zdobywanie i wykorzystanie w jakiejkolwiek kooperacji (zarówno pozytywnej i negatywnej) daje przewagę położenia i pozwala działać z pozycji dodatniej.

Bezpieczeństwo informacyjne, w odróżnieniu od bezpieczeństwa informacji, jest pojęciem złożonym i dużo trudniejszym do uchwycenia. Bezpieczeństwo informacji najczęściej ogranicza się do spełnienia trzech atrybutów informacji takich jak: poufność, dostępność i integralność. Osiągane jest w trzech obszarach: organizacyjnym, technicznym i fizycznym poprzez implementację systemu zarządzania bezpieczeństwem informacji bazującym na przyjętych normach, np. ISO 27001. Bezpieczeństwo informacyjne wykracza w istotny sposób poza ramy obowiązujących norm. Informacja, funkcjonująca w przestrzeni informacyjnej, której cyberprzestrzeń jest tylko jednym z elementów, stała się narzędziem i środkiem realizacji przyjętych celów działania. W bezpieczeństwie informacyjnym, oprócz  zapewnienia bezpieczeństwa informacji, niezwykle istotne jest stosowanie elementów walki informacyjnej, w tym szeroko rozumianej propagandy. Jej umiejętne wykorzystanie pozwala nie tylko na działanie z pozycji dodatniej w stosunku do potencjalnych adwersarzy np. podczas negocjacji, ale także pozwala kreować rzeczywistość stawiającą dany podmiot zarówno w korzystnym jak i niekorzystnym świetle. Co więcej, musimy być równocześnie świadomi, że także my możemy być celem oddziaływania informacyjnego, celem propagandy, nie tylko białej czy szarej, ale także czarnej, ukierunkowanej na dyskredytację, zmniejszenie wpływów, poniesienie wymiernych strat. Z tego też względu niezwykle istotnego znaczenia nabiera zdolność skutecznego przeciwstawienia się wrogiej kampanii informacyjnej i identyfikacji, kto za nią stoi.

Szkolenia które proponujemy są nowością na polski rynku i realizowane będą w oparciu o autorski program osób mających duże doświadczenie.  Problematyka szkolenia skupiona będzie na takich obszarach jak: bezpieczeństwo cyberprzestrzeni, ochrona zasobów informacyjnych, komunikowanie strategiczne,  elementy walki informacyjnej w tym tworzenie i identyfikowanie kampanii informacyjnych (kampanii propagandowych). Świat się zmienia, a walka informacyjna będzie jego częścią w coraz większym wymiarze.

P.D.

„Strategia rozwoju firmy w soczewce”

Ostatnio mieliśmy projekt strategicznego rozwinięcia pewnej działalności, o której nie mogę pisać ma życzenie klienta. Przyjmijmy, że dotyczy to działki pielęgnacji, która rozwija się dość dobrze. Działalność jest prowadzona od kilku lat i jakoś się toczy. Przyczynkiem do skorzystania z naszych usług była otwierająca się konkurencja pod nosem.

Jak zwykle zabraliśmy się do analizy branży, rynku, typu klienta i trendów. W pewnym momencie z Magdą zapragnęliśmy sami otworzyć sieć salonów, bo stwierdziliśmy, że przynajmniej połowa tortu z tego rynku jest do wzięcia, wystarczy robić to samo co inni, tylko lepiej. Lepiej to znaczy zbadać czego chce klient, a nawet iść krok dalej i wiedzieć czego chce klient, zanim on zda sobie z tego sprawę.

Podjęliśmy się analizy na 3 poziomach:

  1. Marketing – strona www, pozycjonowanie, wygląd, funkcjonalność, fun page na facebooku itp.
  2. Organizacja pracy – wąskie gardła, redukcje sezonowości, analiza oczekiwań klientów, przebudowa cennika, zwiększenie wartości klienta, retencja klienta, CRM
  3. Obsługa klienta – schemat postępowania, standaryzacja, budowanie marki, dbanie o klienta z uśmiechem i uwagą (nic nowego poza profesjonalnym i miłym serwisem nie wymyśliliśmy)

Wiemy, że nawet największe i najlepsze firmy mogą przegapić swój czas (patrz NOKIA). Tym razem klient zachował przytomność umysłu i zorientował się, że albo się rozwija, albo zwija.

W przypadku tej firmy, jak i innych wielu, mamy typowy przykład: „Chciałbym mieć zaangażowanych i odpowiedzialnych pracowników, myślących i zmotywowanych.” Trudno jest to osiągnąć zaangażowanie personelu okazując nieufność pracownikom i mocno kontrolując ich pracę.  Trudno jest mieć odpowiedzialnych pracowników nie dając im możliwości nawet odbierania telefonów. Czyli przykład polskiego zarządzania.

Projekt jest w trakcie realizacji. Strategia została opracowana, szkolenie z profesjonalnej obsługi jedno było, przed nami wdrożenie standardów i dobrych praktyk. Spodziewam się oporu pracowników przed robieniem czegoś inaczej. Wszelkie zmiany spotykają się z naturalną reakcją obronną i zachowaniem status quo. Cieszę się, że kowale biznesu wezmą na siebie pierwsze razy, bo mamy gruby pancerz i wizję skupioną na osiągnięciach sukcesu klienta.

Krótko podsumowując, gdzie się nie przyglądam jest mnóstwo pracy nad podnoszeniem jakości  serwisu. Dobrze przemyślane działania, osadzone w spójnej strategii, na wytyczonej „mapie drogowej” prowadzą do zdefiniowanego celu. Cześć przedsiębiorców działa intuicyjnie, trochę marketingu, trochę strategii, trochę organizacji i motywacji. Dziś te czasy się kończą. Albo działasz na 100% i robisz rzeczy coraz lepiej, albo dasz się połknąć konkurencji.

Miej strategię na pozyskanie klienta, użyj odpowiednich narzędzi, sprawdź czy działa i stosuj w praktyce. To nie jest kwestia „widzimisie” albo sympatii do pewnych rozwiązań. To ma podlegać sprawdzeniu, jak testy A i B. Wiesz co działa, to rób to! Pozostaje jeszcze jedna kluczowa kwestia – jak dotrzesz do klienta, to możesz go stracić w 10 sekund. Jak nie zadbasz o pierwsze wrażenie i profesjonalną obsługę, to nie będziesz mieć drugiej szansy.

A.Z.

„Jaki stres w bibliotece?”

Kiedy na szkoleniach pytam uczestników, wykonujących stresującą pracę (np. pielęgniarki i rejestratorki z przychodni POZ): „A gdybyście miały wybrać pracę w spokoju i bez stresu, to co mogłoby to być?” Zapada cisza, więc kontynuuję „A co myślicie o pracy bibliotekarza?”. Słyszę, że trafiłem i to jest właśnie ta bezstresowa, spokojna praca. „Czy aby na pewno? Oj byście się zdziwiły i to bardzo!”.

Praca w bibliotece bywa stresująca bardziej, niż wydaje się przeciętnemu Kowalskiemu. Dowiedziałem się tego prowadząc szkolenia z obsługi czytelnika, także tego „trudnego”. Okazuje się, że wśród tematów, które przygotowałem dla pracowników bibliotek, to właśnie radzenie sobie ze stresem i asertywność wzbudzają mnóstwo emocji i zainteresowania.

Są te niemiłe sytuacje, kiedy np. trzeba pobrać należność za spóźnienie lub zniszczenie książki. Większość pracowników nie lubi komunikować tych przykrych informacji.  Obawiają się nerwowej reakcji po drugiej stronie, a czasem nawet awantury. Wiemy, że na 100 czytelników problem może mieć zaledwie kilku, ale nawet jeden agresor jest w stanie zepsuć cały dzień lub nawet tydzień.

Co jest tego przyczyną? Jako socjolog i doświadczony szkoleniowiec wskazuję na 2 ważne czynniki:

  1. Społeczeństwo staje się coraz bardziej roszczeniowe i to będzie narastać. Jest „rozpieszczone” przez różne komercyjne instytucje, z bankami na czele. To, co jest za darmo, nie jest szanowane, niestety z pracą pracownika biblioteki włącznie. Przepływ, a wręcz zalew informacji powoduje, że ludzie czasem stają się „nieludzcy”, nie mają czasu spojrzeć w oczy, uśmiechnąć się i po prostu porozmawiać. Więcej czasu spędzają z telefonem. Oczekują wszystkiego „tu i teraz”. Świat przyśpieszył i cierpliwość jest coraz rzadziej spotykaną cnotą.
    Wiemy, że czytelnicy korzystający z bibliotek reprezentują wyższy od przeciętnej krajowej poziom wykształcenia i kultury osobistej. Mimo to zdarzają się przykre sytuacje, które mogą nas jeszcze długo prześladować.
  2. Drugą przyczyną jest profil psychologiczny (usposobienie) pracowników biblioteki. Na podstawie blisko 150 wypełnionych kwestionariuszy stylu komunikacji przez uczestników szkoleń, okazało się, że (średnio) pracownik biblioteki:
    1. Jest empatyczny i ceni relacje z ludźmi
    2. Ma potrzebę poczucia bezpieczeństwa
    3. Ceni sobie spokój i unika konfliktów

Przyczyny są istotne, ale następstwa niestety groźniejsze.

Wśród konsekwencji wymienianych przez uczestników szkoleń są:

Zepsuty humor i atmosfera miejsca pracy, stres powoduje rozkojarzenie i może powodować kolejne pomyłki. Pojawia się obawa, że czytelnik złoży skargę, skarga spowoduje „dywanik” (kolejne zdenerwowanie) w dyrekcji. Ciągłe napięcie i powtarzające się sytuacje stresujące, mogą powodować opryskliwość w stosunku do innych i niestety najczęściej spotyka to najbliższych. Czynniki stresu powodują kłopoty ze snem, a te brak koncentracji i błędne koło się zamyka. To wszystko podkopuje poczucie własnej wartości, która z kolei jest niezbędna do skutecznych zachowań asertywnych. Idąc dalej tym tropem, dochodzimy do wniosku, że stres w miejscu pracy odbija się na relacjach rodzinnych, zdrowotnych i zawodowych. Dla potrzeby zrelaksowania się, można sobie wypić drinka lub dwa, a dalej to już sami wiecie.

Na szczęście, na wszystkie wymienione problemy jest cały wachlarz skutecznych działań zapobiegawczych.

  1. W pierwszej kolejności, poprzez ćwiczenia przedstawiam, jak należy rozmawiać, żeby do trudnej sytuacji w ogóle nie doszło.
  2. Kiedy już jest konflikt, przedstawiam, jak należy się zachować i co mówić, żeby go załagodzić.
  3. Ostatecznie, kiedy awantury nie udało się uniknąć, co zrobić żeby uchronić się przed kumulowaniem stresu.

Naturalne kompetencje i usposobienie bibliotekarzy nie przygotowuje ich na konflikt

z awanturującym się czytelnikiem. Bardzo trudne jest spokojne, asertywne prowadzenie rozmowy z agresywnym człowiekiem. Do tego nie przygotowują studia. Zdarza się, że wieloletnie doświadczenia pracy w zawodzie powielają i utrwalają złe nawyki, rodem z PRLu. Czasem ma się ochotę, po ludzku, wyrzucić czytelnika za drzwi, ale niestety przejawy takich zachowań działają na klienta, jak czerwona płachta na byka.

W trakcie treningu uczestnicy uczą się pewnie patrzeć w oczy i zachować spokój. Poznają teorię i praktykę rozwiązywania trudnych sytuacji. Najważniejsza jest jednak motywacja do zmiany status quo i pracy nad sobą.

Przećwiczenie trudnych sytuacji „na sucho” i zrozumienie własnych emocji jest wstępem do pracy nad sobą. Nad obroną poczucia swojej wartości i bycia ponad małymi problemami innych.

Czytelnicy bywają różni – mogą być bardzo zmęczeni po wyjątkowo ciężkim dniu, ale mogą to być osoby z zaburzeniami psychicznymi, bezdomni, matki z wyjątkowo hałaśliwymi dziećmi, dzieci z wyjątkowo niefrasobliwymi matkami i inni. Tak naprawdę nigdy nie wiadomo, kto się u Państwa pojawi, a może przyjść każdy, bo biblioteka jest przecież instytucją otwartą.

Po przeprowadzeniu blisko 20 szkoleń dla bibliotekarzy, nie mam wątpliwości, że szkolenie
z profesjonalnej obsługi klienta jest dobrym  kierunkiem. Profesjonalny w tym kontekście oznacza – kompetentny, pomocny, uprzejmy w pracy, ale i asertywny, odporny na stres.
Zgadzają się z tym również uczestnicy szkoleń.

Obserwacje z rynku pracy

Od pewnego czasu w Polsce mamy do czynienia z bezprecedensowym niskim bezrobociem oscylującym w okolicach 7%. Dane z: http://businessinsider.com.pl/finanse/praca/stopa-bezrobocia-wg-gus-bezrobocie-w-polsce-czerwiec-2017/b0xz1g7

Dodatkowo wiemy, że jest szara strefa (nieopodatkowana praca „na czarno”), czyli ludzi faktycznie pracujących jest jeszcze więcej. Ktoś może zapytać „No i co z tego?” ano z tego dużo.

W pierwszej kolejności, co nie jest żadną niespodzianką, rynek zatrudnienia ewaluuje w kierunku tzw. rynku pracownika. W tych warunkach to pracownik ma mieć wybór, większe możliwości wyboru pracodawcy itp. Do końca nie jest tak, bo trzeba doprecyzować, że chodzi o pracowników wykwalifikowanych, albo przynajmniej wykształconych.

„Apetyt rośnie w trakcie jedzenia”, czyli jeżeli pracownik ma większe możliwości na wybór, rozwój, wynagrodzenie itp. to chce więcej. Więcej mogą ci, którzy zgodnie z zasadami negocjacji, mogą więcej zaoferować. Czy tak jest? Jakie sposoby dotychczas są stosowane do sprawdzenia kwalifikacji pracownika? Jest selekcja przez kadry CV itp., jest rozmowa kwalifikacyjna (coraz częściej pierwszy etap odbywa się przez telefon), jest czasem stosowana rozmowa w jednym z języków deklarowanych w CV. Coraz częściej sprawdzane są profile w mediach społecznościowych aplikanta.

Co można tymi metodami sprawdzić?

Można dużo się dowiedzieć, ale na pewno nie to czy dana osoba nadaje się na konkretne stanowisko. Fakt czy ją zatrudnimy wynika często od tego czy dana osoba nam „pasuje” lub nie.

Przytoczę pewną anegdotę, podobna jest prawdziwa. Słyszałem ją prawie 20 lat temu, podróżując po Polsce „na stopa”. Pewien sympatyczny kierowca opowiadał, jak w czasie studiów (w latach 90ych) jego kolega napisał CV do dużej międzynarodowej korporacji. W części „znajomość języków” wpisał 7. Wpisał angielski, bo potrafił się dogadać używając rąk i niektórych polskich słów, po niemiecku znał kilka zwrotów, bo oglądał „4 pancernych i psa”, po włosku znał „ti amo” i „arrivederci”, rosyjskiego uczył się w podstawówce (jak my wówczas wszyscy), znał też kilka słów po Hiszpańsku i Francusku. Efekt był taki, że pana zaproszono na rozmowę, którą przeszedł.

Nikt nie weryfikował jego znajomości języków. Po prostu „podpasował” osobom prowadzącym rekrutację, na pewno zrobił dobre pierwsze wrażenie, a dodatkowo „znał” wiele języków. Podobno do dzisiaj jest prezesem firmy X na Polskę i ma dług wdzięczności u kolegów, którzy praktycznie dokończyli studia za niego. Wniosek z tej historii jest taki: Nie stosujemy lepszych narzędzi w rekrutacji niż 30 lat temu (poza drobnymi testami i chlubnymi wyjątkami), ale dzisiaj kandydaci mają o wiele lepsze możliwości budowania własnej marki osobistej (z ang. personal branding).

Biorę udział w rekrutacjach, przeglądam tysiące aplikacji, setki profili na facebooku, prowadzę rozmowy, daję testy, zadania i sprawdzam spójność ich historii. Trudno mi to uwierzyć, że często ludzie, którzy szukają pracy wypisują takie bzdury w mediach społecznościowych, dostępnych dla każdego, pod swoim nazwiskiem. Dlatego szanuję tych, którzy są na tyle świadomi i inteligentni, żeby postarać się nadać swoim profilom nieco profesjonalnego szlifu. Nawet kiedy wiem, że jest to laurka wystawiona sobie i składa się z przypudrowanych półprawd, to chętniej zapraszam na spotkanie (czasem po to żeby zweryfikować swoje poglądy).

Piszę o tym, bo walka o pracownika dopiero się zaczęła. Można mieć dobrą, rozwijającą pracę za godną płacę, albo kiepską, nudną i narzekać na swoje lenistwo i brak inicjatywy.

Czasem prowadzę szkolenia dla studentów (ostatnich lat) z przygotowania do poszukiwania pracy. Jak napisać, do kogo, po co? Jak zrobić rewelacyjne dobre wrażenie i zapaść w pamięć? Te pytania są kluczowe. Temat jest fascynujący. Jednego jestem pewien, że ludzie ambitni, którzy wiedzą jak zdobywać wiedzę, mają przed sobą ogromne możliwości. Pasuje tu piękny acz oklepany zwrot: Sky is the limit.

Wracając do anegdoty, uważam, że pan który napisał nieprawdę w CV o znajomości języków postąpił nieuczciwie, ale to rekruterzy dali się nabrać. Jak czas pokazuje może wybrali najlepiej jak mogli? Kto to wie.

AZ

„Janusze Biznesu”

Nazwa „Kowale Biznesu” miało być połączeniem kowali losu i aniołów biznesu, w efekcie niektórym kojarzy się to z Januszami biznesu, czyli szyderstwem. Pomyślałem wówczas, że jest jakiś sens pozycjonowania frazy „Janusze Biznesu”, bo przykładów głupich, nie przemyślanych działań w tym obszarze jest tyle ile przygód Pata i Mata w bajce „Sąsiedzi”.

Przypomniała mi się autentyczna historia rewelacyjnego kucharza, który całe życie marzył o otwarciu swojej własnej restauracji. W końcu dzień ten się ziścił i nasz kucharz otworzył coś na kształt małej jadłodajni w Elblągu. Wraz ze swoim siostrzeńcem dostosowali i wyposażyli kuchnię, na co poszła większość z 50 tys. kredytu.

Kucharz – nasz „Janusz biznesu” dumnie przygotował pierwsze rewelacyjne potrawy, wiedząc, że jak ktoś ich skosztuje, to nie będzie chciał jeść nigdzie indziej. Założenie miał słuszne, ale nikt ich na początku nie skosztował, bo nikt o nich nie wiedział. Kucharz zna się na kuchni i na niej się skoncentrował. Nie przyszło mu do głowy, żeby zrobić kampanię marketingową, ba! nawet nie pomyślał o tzw. potykaczu reklamowym przed wejściem ani o wydrukowaniu ulotek. Nie mówiąc już o takich nowoczesnych rozwiązaniach jak biznesplan, strona www, facebook, czy kampania emailmarketingu. Poza tym, po wydaniu wszystkich funduszy na kuchnię, nie było już pieniędzy na reklamę, nie mówiąc o marketingu.

Nasz główny bohater nie wiedział, dlaczego ludzie do niego nie przychodzą. Dodatkowo był uparty i nie dawał się nikomu przekonać do zmiany podejścia odnośnie reklamy. Z czasem był zdruzgotany. Gotował mniej z coraz mniej świeżych produktów. Pamiętam, że kiedyś trafiło do lokalu 10 osób, ale dań miał tylko 6, więc wszyscy wyszli. Interes trwał przez ok 2 m-cy. Pozostały długi, rozczarowanie i zepsute relacje rodzinne.

Dlaczego większość interesów upada? Znamy głównie te, które trwają i się rozwijają, a nie te, które trwały rok czy dwa i padły, a tych jest o wiele więcej.

Ta historia jak w soczewce pokazuje dlaczego warto skorzystać z usług Kowali Biznesu. Nasze wstępne konsultacje są darmowe, a pozwalają oszczędzić lub zarobić dużo pieniędzy.

Pytania czy założyć firmę, czy zamknąć, a może odświeżyć i przebranżowić? Pomagamy podjąć decyzje w oparciu o konkretną wiedzę i oczekiwania klienta.

Po prostu napisz lub zadzwoń do nas.

Kto już przeczytał to może się odprężyć przy „Sąsiadach”: https://www.youtube.com/watch?v=sebkjBe-Hu4

AZ

Nasycenie rynku mieszkaniowego i szkolenia dla deweloperów

Polska w budowie! Buduje się najwięcej od 25 lat (piszę to w 2017 roku). Mam z tym związanych kilka przemyśleń, którymi się podzielę.

Wszyscy pamiętamy jak ceny nieruchomości osiągnęły wierzchołek wartości w 2008 roku. Potem nastąpił krach, z którego wielu nie może się podnieść do dzisiaj. Mój kolega Paweł kupił mieszkanie na samej górce górki cen mieszkań. Dwa pokoje na gdańskiej Zaspie. Wziął kredyt na 30 lat. Z wynajmu nie ma szans na spłatę raty kredytu, wyjechał na wsypy, bo w Polsce ciężko żyć z kulą u nogi.

Efekt był taki, że na kolejnych kilka lat ceny nieruchomości spadły, żeby znowu systematycznie drożeć. Znam dobrze uwarunkowania, bo kupowałem mieszkanie i bardzo analizowałem co, kiedy i za ile.

Wiemy z ekonomii, że podaż i popyt mają wpływ na cenę. Jest to tak proste, że nie będę tego rozwijać, żeby nikogo nie obrazić. Wiemy, że czynników jest więcej, a jednym z nich jest działanie ludzi. Tłumem łatwo jest manipulować i powodować, że jego zachowania są przewidywalne i sterowalne. Ekonomia to wciąż nauka społeczna, a nie matematyka. Wiadomo, że może zadziałać tzw. samospełniająca się przepowiednia. Czyli plotka, że bank jest niewypłacalny powoduje szturm ludzi do wypłat z kont, a to powoduje, że bank traci płynność finansową. To jest oczywiście duże uproszczenie.

Peter M. Senge w doskonałej książce pt. „Piąta dyscyplina” opisuje pierwszy przypadek, z którym zespół fachowców, ekonomistów i naukowców musiał się zmierzyć. Chodziło o to, że General Electric (GE) miał problem z opiekaczami do grzanek. Raz było ich zbyt dużo na rynku i trzeba było wstrzymywać produkcję, a krótko potem ich brakowało. Cykl był sinusoidą i trwało to przez wiele lat. Wygląda na to, że rynek nieruchomości ma ten sam wykres i według mnie zbliża się do górki. Górka fali sinusoidalnej powoduje przekonanie o tym, że tak będzie trwało, więc należy inwestować. Kupować grunty i budować domy. Tak robią aktualnie wszyscy deweloperzy w trójmieście – Robyg, Górski, Hossa, Invest Komfort, Ekolan, Inpro, Hanza, Allcon, Orelx, Semeko, Margo i dziesiątki innych.

Paweł Motyl specjalizujący się w zagadnieniu podejmowania decyzji, wskazuje, na błędne przekonanie ludzi, że skoro dotychczas coś idzie dobrze, to będzie dalej tylko lepiej. Przytacza znany syndrom indyka, który przez 200 dni miał jak pączek w maśle i myślał, że tak już będzie. Jednak 201 dzień, okazał się być Świętem Dziękczynienia.

Co się będzie działo w najbliższych latach?

Większe nakłady na reklamę. Już teraz są imponujące i przeciskają się wszystkimi możliwymi kanałami. Ludzie, rodziny, znajomi, „dziennikarze” i „eksperci” przekonują, że teraz jest najlepszy moment, bo mieszkania drożeją i …. co zabraknie ich? Będą droższe? Co się może wydarzyć?

Developerzy będą inwestować w obsługę klienta. Aktualnie te zdolności są nie wystarczające. Dopóki ludzie chcą kupić mieszkania, to sprzedaż idzie z rozpędu jako tzw. samograj lub „dojna krowa”, ale jak się zatrzyma? Będzie wymagało wielkiej sztuki sprzedać mieszkania w czasie kiedy pojawi się nadpodaż i notowany spadek cen. Wówczas będzie za późno na systematyczne szkolenia dla ludzi.

Aktualnie dużo mieszkań jest kupowanych pod inwestycje, na wynajem ew. na sprzedaż w późniejszym czasie. Część z inwestorów zagranicznych (i krajowych) nie będzie mieć sentymentów, kiedy okaże się, że gdzieś są lepsze inwestycje. Wówczas mamy klasyczną nadpodaż, zatory płatnicze, (które na rynku budowlanym są normą),  niewypłacalność, ludzi bez kasy i mieszkania. A pamiętajmy, że rekordowa ilość inwestycji w budowie. Nie wiem ile czasu minie zanim rynek się nasyci. Może 2 lata, może 5 lub więcej. Rynek jest globalny, naczyń połączonych, więc każde załamanie w jakimś regionie świata nas trafić.  Mam jedną fundamentalną myśl: firmy, które inwestują w ludzi i dobre szkolenia, będą mieć przewagę nad tymi, którzy inwestują jedynie w grunty, beton i koparki.

Działając jako „tajemniczy klient” oceniam, że już dzisiaj poprawy wymagają techniki sprzedaży, obsługa klienta i ludzkie podejście.

Sprzedajesz mieszkania? Wyprzedź konkurencję! Dzwoń teraz a zyskasz nawet 20%
 AZ

BAJKI (DLA) ROBOTÓW

Internet, wynalazek, który wywrócił do góry nogami świat dobrze znany prawie wszystkim, którzy urodzili się przed 1980 rokiem.

Trudno oszacować zmiany, jakie internet wprowadził. „Odczarowanie świata” i rewolucja przemysłowa były podobnym wydarzeniem bez precedensu, tylko na mniejszą skalę. Jesteśmy w wyjątkowym momencie historii, niewyobrażalne możliwości przed nami.

Nie będę oczywiście wypisywać co się zmieniło, ale o jednym fundamencie wspomnieć muszę – dostęp do informacji. W tej chwili jest gigantyczna baza wiedzy dostępna dla każdego kto korzysta z internetu. Wiedza leży na śmietniku informacyjnym i wymaga umiejętności odróżnienia „ziarna od plew”, co okazuje się trudne, a co gorsza, według wielu nie potrzebne. Żyjemy w czasach, gdzie „fejk niusy” (z ang. fake news), czyli nieprawdziwe informacje, wywierają wpływ na społeczeństwa, zmieniają decyzje wyborców, fałszują historię i spłycają rzeczywistość, mogą powodować pogromy i terror. Dodatkowo są często w formie obrazkowej (tzw. memy), która zapada w pamięć i jest łatwym narzędziem do manipulacji. Ten wpis jednak nie o tym, a o poszukiwaniu informacji w internecie.

Każdy poszukuje czegoś (już teraz są setki milionów wyszukiwań dziennie) pieniędzy, miłości, hydraulika czy pizzy bez glutenu. Większość z poszukujących w dużym stopniu wspomagają się wyszukiwarką, najczęściej google. Z pomocą im przychodzą ci, którzy te usługi oferują (pieniądze, miłość czy naprawę cieknącej rury), ale nie zawsze są to najlepsze wybory. Dlaczego ci, którzy są najwyżej listy wyszukiwań nie są najlepsi? A kto ma to sprawdzić i zadecydować?

Sprawdzają to algorytmy wyszukiwania tzw. rekordów, czyli roboty, boty czy krołlery (z ang. crawler) wyszukiwarek, które indeksują treści. Roboty nie śpią, nie jedzą i ciągle działają. Porównują, czy treści znalezione, gdzieś już w tej samej formie się znalazły. Jeżeli tak, to dają minusa, czyli „brak oryginalnych treści”. Sprawdzają długość zdań, słów w jednym akapicie, ilość słów trudnych, branżowych, powtarzających się itp. Jeżeli język jest za trudny albo słów w zdaniu zbyt dużo, dają minusa „czytelność niska”. Nie jestem specjalistą od pozycjonowania i znajdywania się na pierwszych miejscach w wyszukiwarce na hasło typu: szkolenie z obsługi klienta, ale uczę się. Zbieram informacje (wpisując hasła w wyszukiwarkę) i robię postępy. Może dzięki temu mój język będzie bardziej zrozumiały niż rozmowa dwóch informatyków na temat ostatniego „scruma”.

W dzisiejszych czasach reklama, to często dać się odnaleźć. Sposób dotarcia do klientów zmienił się kolosalnie. Są jeszcze reklamy telewizyjne, są bannery i ulotki, ale największy rynek otwiera się w internecie. Mój ojciec mawia, że dobry produkt nie wymaga reklamy, bo się sam sprzeda, a reklamowany jest już podejrzany. Dzisiaj rolę marketingu szeptanego i poleceń przejęły media społecznościowe, portale z opiniami na dane tematy. Czy wszystko co na tych portalach przeczytamy jest prawdziwe? Odpowiedzcie sobie sami. Mam kolegę, prowadzi firmę reklamową w tradycyjnym stylu (banery i ekspozycja na zewnątrz w określonej niszy), na pytanie o jego działania marketingowe trochę się skrzywił, a pytanie o działania w działce mediów społecznościowych, odparł wręcz z odrazą, „że go to nie interesuje i jest przeciwnikiem”. Najciemniej pod latarnią. Efekt jest taki, że stał się jedynie podwykonawcą dla innej firmy, która wie jak korzystać z nowoczesnych form marketingu.

Bajki (dla) robotów w nawiązaniu do imponującej twórczości Stanisława Lema to wpis w blogu lekko wspominający o niezmierzonym świecie marketingu internetowego. Blog jest częścią strony kowalebiznesu.pl, którą chcę wypozycjonować i dzięki temu sprzedać szkolenia i inne usługi. Tekst „czytają” i indeksują roboty, dzięki temu nadają określony rank strony (poziom wartości).

Piszę tego bloga, żeby przechytrzyć te roboty. Po zamieszczeniu wpisu roboty przeczesują całą treść na stronie i w tzw. chmurze słów znajdują, przeze mnie pożądane, następujące zwroty: szkolenia dla pracowników, podnoszenie jakości obsługi klienta, szkolenia działów handlowych, marketing narracyjny. Blog o biznesie pozwala mi te słowa bezkarnie wpisać czyli napisać bajki (dla) robotów.

Czy odniosę oczekiwany efekt? O tym później.

AZ